RSS
niedziela, 15 maja 2011
Co robić?

Weekend był dziwny. Pełen miłości. I innych uczuć. Dowiedziałam się o wielu trudnych sprawach, sporo zrozumiałam. Ani o krok nie jestem bliżej do decyzji.

 

wtorek, 10 maja 2011
Nóż, ser, żurawina.

Bez przy moim domu pachnie teraz wieczorami odurzająco. Gdy wychodzę rano do pracy, aż tak nie pachnie. Rano natomiast budzę się, uśmiecham i dziękuję za dom, pracę, zdrowie.

Lubię te dni. 

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Urodziłam się w lany poniedziałek.

Tak, chcę i jestem gotowa. Mam miejsce w sercu i w szafie. Come to me.

niedziela, 24 kwietnia 2011
Baden-Baden.

Obudziły mnie dziś dzwony kościelne o 6 rano. Panie Jezu, jakkolwiek mało Cię znam, ok, skoro Ty od nowa dziś zaczynasz, to i ja zacznę. Skoro tak pięknie dzień słońcem się budzi.

No to zaczęłam. Potem już było bardzo różnie, pomiędzy dwoma miastami i wieloma uczuciami. Ojciec poprawnie unikał pewnych tematów, patrzył na mnie dosyć podejrzliwie, czasami mam poczucie, że mnie również nie ufa.

Matka zupełnie gdzie indziej.

Pomiędzy podróż z P. Rozmowa o miłości i giełdzie.

Przyslane i nieprzysłane smsy z życzeniami. Te, co mogłyby przyjść, nie przyszły. Przyszły inne.

Siedzę teraz na swojej wypasionej kanapie w moim domu. Mój dom moją twierdzą. Ale gdybyś tylko chciał do niej się dostać, come, come.

Limit łez na dziś wykorzystany, aczkolwiek przyznany był skromny. Korzystałam z niego czytając smsy od B., że wszystko przecież jest możliwe. I Luk, i M., i ojciec. Pewnie.

Teraz pozostanie chyba keks, czerwone wino i programy rozrywkowe w TV. Radujmy się przecież, śmierć zwyciężona, choć kawałek mnie dziś również obumarł.

 

 

 

czwartek, 20 stycznia 2011
Moje życie

to dążenie, powiedz mi, jak bardzo tego chcesz.

czwartek, 11 listopada 2010
Gdzieś pomiędzy, czyli ekspedientka w markecie budowlanym.

Najważniejsze, świeże doświadczenie z wczoraj. Siedzę z E., której dawno nie widziałam. Spotkanie to ma dla mnie wielką wagę. W trakcie zaczynam czuć, że odkrywam prawdę. Niby odkrytą wielokrotnie, ale jednak inaczej odkrywaną, bo ODCZUWANĄ.

Czemu nie być wesołym i brać życie lekko? Czemu nie być blisko z ludźmi i serdecznie? Czemu nie być otwarcie i ufnie wobec życia sobą? Przecież życie o mnie dba i dobre mi daje.

Chwile potem życie oczywiście to potwierdza. Mija nas K., o której rozmawiałyśmy i o której myślałam. Mija nas dynamicznie, radośnie, pogodnie, pewnie, zasłuchana w muzykę. Promienieje.

W duchu dziekuję E. I K. za przywołanie mnie do porządku.

Życie czeka, bym była szczęśliwa.

 

Poza tym doświadczyłam bycia pośrodku, zaznaczenia granicy przeraźliwie wyraźnie, ale bez zbędnego dodatku w postaci nerwu. Po prostu przypomniałam pani kasjerce, która z uporem maniaka mówiła do nas na 'ty', że na 'ty' nie jesteśmy.

Zamarła, powiedziała 'Bardzo panią przepraszam'.

 

Spoko, nie ma sprawy, ale nigdy już tak kochana do mnie nie mów. I każda inna symboliczna kasjerko-człowieku, który w moje granice wchodzisz butem. Nigdy kochana więcej.

niedziela, 24 października 2010
Zagranica.

Mieszkam u matki chwilowo. A nawet pewnie z dwa miesiące. Moje mieszkanie poddawane jest gruntownemu remontowi. Co więcej, wcale nie mam przekonania, że kiedy już się wyremontuje, długo w nim pomieszkam.

Tymczasem liście z drzew zdecydowanie lecą już żółte i wielkimi krokami nadchodzi zima stulecia, tudzież tysiąclecia, tydzież naszej ery. Co za różnica.

Matka ogląda jakiś serial, ja stukam w klawiaturę swego starego komputera, który lada dzień zostanie zamieniony na nowy. Pamiętam jak dwa lata temu ten był nowy. Czas.

Narobiłam pełno zdjęć, marzy mi się już nowy aparat, który lepiej zatrzyma chwile. Parę swych zdjęć zamierzam powiesić na nowych ścianach.

Ok, wciąż pozostaje niezmieniony fakt, iż nie mam chłopca, narzeczonego, męża.

Obejrzałam też dziś 'Chrzest'. Zło się upomniało i zło zwyciężyło.

Poza tym patrzyłam na zamglone niebo i wspomniałam to popołudnie sprzed dwóch tygodni, kiedy szłam Świętokrzyską prosto pod słońce i czułam coś podobnego do szczęścia. A może to właśnie było szczęście. Bo przecież to podobno możliwe bez miłości.

Miłość jest wokół. Zdecydowanie lepiej to brzmi po angielsku.

 

 

 

niedziela, 05 września 2010
Bynajmniej bynajmniej.

Poziom irytacji w środku jest dosyć wysoki. Powiedziałabym nawet, że jak Wisła w Warszawie podczas drugiej fali. Sporo. A chuj. To głównie przychodzi do głowy.

Słucham kolejnych historii z prawa i lewa i myślę sobie coraz częściej, że związanie się naprawdę szczęśliwie jest jakimś kurwa niemożliwym cudem. Że przeważnie to się dostaje jakieś pseudoszczęśliwe pseudozwiązki.

A poza tym boję się, że poprostu nie dam tak dłużej rady.

 

czwartek, 26 sierpnia 2010
Snow.

Trochę się rozpadało. I 'wpaduje' do mojego mieszkania. I podłogę mam zasypaną śniegiem, który teraz lata wokół mojego bloku nieustannie. Dziwne, zwłaszcza, że przecież mamy sierpień. Lato się kończy.

Przypomniały mi się bardzo dawne czasy, kiedy Alicji zdarzało się chodzić na drugą stronę lustra.

Jutro jest ten mój ulubiony dzień.

Nieznajomy Ł. spytał, czy pójdę z nim do kina - po raz trzeci na 'Incepcję'. Mój trzeci raz, jego pierwszy. W sumie, atrakcyjna propozycja.

niedziela, 22 sierpnia 2010
Wełniane włosy.

Takie jak Romain Duris w Heartbreaker.

I pomimo, że bezwzględnie inteligentny M. nie ma takich i pomimo, że wpadamy na siebie tylko przypadkiem, to wciąż nieustannie jest w tle.

Gdy zobaczyłam go w piątkową noc, poczułam się szczęśliwa. Tak, że zachciało mi się płakać.

Dziś jest niedziela. To zupełnie inny dzień.

 
1 , 2 , 3 , 4